Pielęgnacja Pielęgnacja twarzy Włosy

Weekendowe SPA i pielęgnacja maseczkami z 7th Heaven

Jak się nie dać jesiennej chandrze? Przespać, zakopać się w książkach, wykupić karnet na siłownię, a może zostać w domu i zrobić sobie cudowne, relaksujące SPA ze świecami, muzyką i pachnącymi kosmetykami? Myślę, że wszystkiego po trochę, w odpowiedniej kolejności. Ale książka, kąpiel i zabiegi pielęgnacyjne zdecydowanie wygrywają w tym zestawieniu.

W jeśli wanna i pachnąca piana, to także peeling (lub ostra szczotka przed) i maseczka. To takie moje dwa podstawowe elementy rytuału pielęgnacyjnego. W dzisiejszym wpisie chciałabym skupić się na tych drugich.

Maseczki to jeden z nielicznych punktów w pielęgnacji, który nie wymaga dużych nakładów finansowych, specjalnych warunków, gadżetów czy poświęcenia sporej ilości czasu, a który znacząco wpływa na wygląd i kondycję cery oraz włosów. Zwłaszcza, gdy stosujemy je regularnie i odpowiednio dobieramy rodzaj maseczki do potrzeb. A do tego to taki sztandarowy symbol pielęgnacji. Twarz czy włosy otulone warstwą kremowego kosmetyku, szlafrok, przymknięte oczy, widoczne rozluźnienie – czy jest widok bardziej kojarzący się z relaksem, czasem tylko dla siebie, wyciszeniem i zadbanien o urodę? Nie sądzę. Maseczki mają tę terapeutyczną moc, prawie jak wizyta u fryzjera.

Z tego powodu w szafeczce łazienkowej zawsze mam zapas maseczek na różne okazje, nastroje i przede wszystkim potrzeby.

Maseczki w słoiczkach, tubkach, w płatach, tabletkach czy saszetkach – sposób pakowania nie odgrywa tu kluczowej roli, choć jak może pamiętacie w okazji innych wpisów, zawsze podkreślam, że ze względów czysto praktycznych, wolę te w opakowaniach zamykanych. Z drugiej strony maseczki saszetkowe to idealna opcja w podróży czy kiedy nie chcemy od razu kupować dużej ilości tego samego kosmetyku (na przykład, z obawy, że nie sprawdzi się). Do nielicznych maseczek saszetkowych, które kupuję od lat, należą oparte na naturalnych składnikach maski 7th Heaven. Już je trochę zdążyłam przez ten czas poznać, ale to nie stało na przeszkodzie, by poznać je jeszcze lepiej. Gdy skontaktowała się ze mną marka 7th Heaven z propozycją wypróbowania ich produktów i opowiedzenia Wam o nich, długo się nie zastanawiałam. Wiedziałam, że to będzie ten przyjemny rodzaj testowania, bo kosmetyki znam od lat i dzielenie się pozytywnymi doświadczeniami to sama przyjemność.

Widzicie te zwariowane grafiki na opakowaniach? Są jak sen szalonego grafika i powiem Wam szczerze, że kiedy zobaczyłam je pierwszy raz parę lat temu, pomyślałam, że to maseczki dla mało wymagających nastolatek. Mają przyciągnąć wzrok (i robią to!), a ich działanie nie spowoduje wielkiego „wow”. Kolejny raz jednak sprawdziło się powiedzenie, żeby nie oceniać po okładce, bo można się pomylić. Zaryzykowałam i kupiłam jako pierwszą maseczkę czekoladową Chocolate Mud Masque. Czekolada! A jakżeby inaczej. 🙂 Pamiętam, że poza o b ł ę d n y m zapachem, miała przyjemną konsystencję kremowego puddingu i naprawdę fajne działanie oczyszczające i nawilżające. To zachęciło mnie do kolejnych zakupów.

Produkty marki poznacie bliżej na InstagramieFacebooku i na oficjalnej stronie.

Od tamtego czasu minęło parę lat, a maseczki 7th Heaven nadal co jakiś czas pojawiają się w mojej pielęgnacji. Najpierw wykonuję peeling, a następnie wybieram jedną z maseczek, w zależności od aktualnych potrzeb skóry czy włosów. Tak, włosów, bo 7th Heaven ma maski również do włosów, o czym dowiedziałam się dzięki współpracy z marką. Wypróbowałam dwie: kokosową Coconut Protein Rescue Masque i miodową Manuka Honey Masque Hair Rescue.

Maseczka kokosowa do włosów słabych, suchych i cienkich oraz skóry głowy ma za zadanie je wzmocnić, nadać im połysk i zwiększyć objętość. Na moich włosach, obecnie osłabionych, wypadających po ciąży wypadła dobrze: znacząco wpłynęła na ich miękkość i sprawiła, że wydaje się, że jest ich więcej, nie nadała im jednak bardzo silnego połysku. Zdecydowanie lepsze wrażenie odniosłam po regenerującej masce miodowej i jestem pewna, że ją kupię ponownie, bo jest rewelacyjna. Włosy po niej są niesamowicie wygładzone, lśniące i proste. Wyglądają jak po prostowaniu i profesjonalnej pielęgnacji, a efekt jest zbliżony do moich naturalnych, niskoporowatych włosów. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że to ideał, jaki zawsze chcę osiągnąć po zastosowaniu maski.

Poznałam też kilka masek do twarzy, z którymi wcześniej nie miałam do czynienia, a które okazały się fajną odpowiedzią na potrzeby mojej mieszanej cery. Na szczególną uwagę zasługują maski oczyszczające: Hot Chocolate Masque (błotna, z olejkiem pomarańczowym, rozgrzewająca, fantastycznie oczyściła pory na nosie, wygładziła i przyniosła wiele przyjemnych doznań zapachowych – połączenie czekolady i pomarańczy jest boskie!), Blemish Mud (błotna, z aloesem, kremowa, gęsta, pachnie bardzo odświeżająco zieloną herbatą, lekko chłodzi, bardzo dobrze oczyszcza i nawilża), Argan Oil Mus (błotna, z olejem arganowym, z oliwek, różanym, jagodami acai, gęsta i kremowa, świetnie oczyszcza, mocno nawilża i pozostawia cerę zmatowioną), Dead Sea Mud Pac (błotna, z minerałami z Morza Martwego, bardzo dobrze oczyszcza i matowi cerę), Charcoal Masque (węglowa, na bazie glinki, połączona z funkcją peelingu, rewelacyjnie oczyszcza i matowi, wygładza i dobrze nawilża, nagrodzona Pure Beauty Awards 2016, moja faworytka!) oraz maski nawilżające: Dead Sea Sheet Masque, Tea Tree Sheet Masque i Brazillian Mud Sheet Masque (maski w formie materiałowych płatów, mocno nawilżają, rozświetlają, koją i uspokajają niedoskonałości), Strawberry Souffle (na bazie glinki, nawilża, koi, łagodzi i rozświetla, pachnie truskawkowo, nieco sztucznie, jednak dla efektu nawilżającego warto ją wypróbować – to w końcu maseczka, a nie deser :)).

Jedno opakowanie maseczek do twarzy wystarcza mi na dwie sesje SPA (w saszetce jest aż 15 ml! Zamykam je klipsem, dlatego nie wysychają i nadają się do ponownego użycia w przeciągu kilku dni), a opakowanie masek do włosów na raz (w opakowaniu jest 25 ml – połowa pojemności standardowego podkładu, więc również sporo).

Warto podkreślić, że maseczki 7th Heaven nie są testowane na zwierzętach, odpowiednie dla wegetarian (posiadają znaczek PETA , Cruelty Free oraz Vegetarian Society Approved).

Produkty marki poznacie bliżej na InstagramieFacebooku i na oficjalnej stronie.

Jestem ciekawa, czy maseczki również stanowią ważny element Waszej pielęgnacji Jakie lubicie najbardziej? Błotne, na bazie glinki, materiałowe, a może peel-off? Oczyszczające czy nawilżające? I wreszcie, co sądzicie o maseczkach 7th Heaven? Lubicie je, a może jeszcze nie miałyście okazji ich wypróbować? Podzielcie się opinią! 🙂

Wpisy, które mogą Ci się podobać

17 komentarzy

  • Odpowiedz Hair Witch Project 29 listopada 2017 o 18:15

    Zdecydowanie kuszą te maseczki! 🙂 Ja aktualnie chętnie bym się pokusiła o te do włosów, bo do twarzy na razie stosuję robione przez siebie naprzemiennie z Rapan Beauty 😉

  • Odpowiedz Jowita 29 listopada 2017 o 00:08

    Byłam i kupiłam dzisiaj dwie, błotną jedna i jedną tą czekoladę, jutro testy 🙂

  • Odpowiedz aGwer 28 listopada 2017 o 11:31

    Nie sądziłam, że te maseczki są takie fajne! Oczywiście je kojarzę, bo ciężko ich nie znać, ale nigdy nie zdecydowałam się na zakup. Podobnie jak Ty miałam wrażenie, że to szalone maseczki dla nastolatek, które niewiele zdziałają.
    Teraz na pewno nie przejdę obok nich obojętnie, też lubię mieć jakieś maseczki w zapasie i na pewno sięgnę po te z 7th heaven 🙂

  • Odpowiedz Marta 28 listopada 2017 o 00:41

    Miałam czekoladową, chyba najsłynniejsza, była bardzo przyjemna chociaż miałam kłopot ze zmyciem, bo ją przetrzymałam aż całkiem zaschła. Jak ty je zmywasz?

  • Odpowiedz Monika Adamczyk 27 listopada 2017 o 16:58

    Magda, Twoje zdjęcia to jest coś pięknego, zawsze były fantastyczne, ale teraz… Uczta dla oczu 🙂
    A maseczki znam, znam i lubię. U mnie te w płatach fajnie wypadają i są szybkie, no i nie brudzą. Tylko oczyszczające stosuję klasyczne, bo jednak glinki czy błota nie da się przeskoczyć. W każdym razie ja je też polecam koleżankom, a raz nawet facetowi kupiłam, bo skarżył się na zapchane pory i całkiem cały radę.
    Pozdrawiam Cię ciepło, Monika

  • Odpowiedz Chic girl 27 listopada 2017 o 16:55

    Uwiwlbiam twojego bloga za to że odkrywasz dla nas takie perełki. Ja szczerze też za tymi maseczkami nie rozglądałam się, chyba to opakowanie wydało mi sie mało kuszące (lubię raczej kosmetyki w takich pastelowych, jasnych, białych i złotych opakowaniach, ewentualnie czarnych – małe zboczenie :)), ale jeśli są na naturalnych składnikach to spróbuję. To tylko saszetka, i tak ją wyrzucę, nie będzie koleć w oczy 🙂

  • Odpowiedz earden 27 listopada 2017 o 14:01

    Osobiście nie znam tych maseczek, ale po Twojej recenzji chętnie się z nimi zaprzyjaźnię;)) szczególnie w tym gorącym czasie przed świątecznym, kiedy brakuje czasu na długie pielęgnacje a chcemy osiągnąć szybkie efekty. .Pozdrawiam gorąco:))

  • Odpowiedz Natalie Forever 27 listopada 2017 o 13:37

    Ja maseczki sama przyrządzam z półproduktów 🙂

  • Odpowiedz Ilona 27 listopada 2017 o 13:30

    Tylko z widzenia je znam, ale nie używałam jeszcze, chyba te maski na okładce mnie odpychały, ale jak mówisz że dobre to ja chętnie spróbuję 🙂

  • Odpowiedz Agnieszka 27 listopada 2017 o 02:03

    Wcale się nie dziwię, że lubisz te maski, są naprawdę przyjemne. Miałam już kilka rodzajów a wracam zawsze do tej słynnej czekoladowej i peel off różnych, bo lubię jak maseczki nie brudza (dla czekoladową robię wyjątek :D)
    Buziaki kochana, super post i piękne zdjęcia ♥♥♥

  • Odpowiedz Marysia 26 listopada 2017 o 20:27

    No i nabrałam ochoty na małe niedzielne SPA, dzięki za inspirację 🙂
    P.S. maseczki kojarzę, chyba właśnie czekoladową miałam, a teraz poszukam tej miodowej. No to to lecę, wanna czeka 🙂 I peeling cynamonowy od BodyBoom 🙂

  • Odpowiedz Sara 26 listopada 2017 o 20:07

    Chyba jestem inna, bo nigdy ich nie używałam ale kojarze z drogerii, wisza pionowo przy kremach. Chyba te opakowania wydawały mi się dziwne i tak jak piszesz, trochę odstraszają 😛

  • Odpowiedz Joasia 26 listopada 2017 o 20:05

    No pewnie, że znam, super są i te śmieszne opakowania. Mój chłopak zawsze z nich się śmieje, że jak dla wariata 😀 Ja najbardziej lubię peel offy bo fajnie się ściągają i nie brudzą, a zmywanie tych glinkowych czy z błotem to jest masakra, pół łazienki brudne 😀

  • Odpowiedz Monika Z 26 listopada 2017 o 20:03

    Kochana, twoje zdjecia to jest magia po prostu, przepiekne! A maseczki znam, oczywiście 🙂 Całe liceum ich używałam i bardzo lubię do nich wracać. Najbardziej do czekoladowej a teraz na pewno kupię jeszcze tą z olejkiem pomarańczowym, to musi być mega pyszne połączenie, jak moje ulubione czekoladki 🙂

  • Odpowiedz Kasia 26 listopada 2017 o 20:00

    Lubię rozgrzewającą z glinka, fajnie oczyszcza. Z Twoich zdjęć widzę, że maja plasttry na nos, testowalas juz je? Co myślisz, dobre czy nie warto kupowac?

  • Odpowiedz Bhc 26 listopada 2017 o 19:31

    Ja też lubię czekoladową, mam do niej sentyment. Nie wiedziałam, że mają w ofercie do włosów 🙂
    Przepiękne zdjęcia, cudowny klimat <3

  • Odpowiedz kosmetykofanki 26 listopada 2017 o 19:20

    Ostatnio stawiam na maseczki peel-off, ale z glinkami tez lubię szczególnie z zieloną 🙂

  • Dodaj komentarz

    %d bloggers like this: