Inspiracje Nowość Włosy

Test włosów z Hairfriend Rowenta

Podsumowanie testu włosów Hairfriend Rowenta

Pamiętacie, gdy w jednym z niedawnych wpisów wspomniałam Wam o nowej platformie poradnikowo – społecznościowej Hairfriend.rowenta.pl, której patronuje marka Rowenta? Jej misją jest bycie przyjaciółką naszych włosów i tę misję chce realizować właśnie na nowym portalu. Jako jedna z pierwszych osób zostałam zaproszona do przetestowania możliwości portalu, w tym do przeprowadzenia testu włosów. Testu, który może zrobić również każda z Was. 🙂

Test składał się z 8 krótkich pytań i dotyczył takich kwestii jak grubość włosów mierzona w kitce, poziom nawilżenia, porowatość, długość i kształt fryzury oraz stosowane zabiegi. Mój wynik testu był następujący: włosy suche, cienkie, rzadkie i matowe.  Czy zgadzam się z diagnozą? W dużej mierze tak. Moje włosy są faktycznie przesuszone na końcach (to pozostałość po farbowaniu i rozjaśnianiu), cienkie, niezbyt gęste i brakuje im blasku.

Po otrzymaniu rezultatu badania program wygenerował poradę od ekspertów: z pewnością świetnie Wam znanej Anwen, która w blogosferze na włosach zna się jak mało kto 🙂 oraz Michała Karbowskiego – stylisty fryzur.

Michał poradził, abym postawiła na fryzury klasyczne, z prostym cięciem (np. bob, którego noszę od dwóch miesięcy) lub na lekki nieład, który optycznie nada objętości. Powinnam wykluczyć natomiast mocne cieniowanie. Szkoda, że przez wiele lat żaden fryzjer nie uświadomił mi tego, a uparcie wmawiał, że stopniowane cięcie uniesie fryzurę i sprawi, że będzie wyglądała na gęstą. Jeśli chodzi o pielęgnację to radą Anwen jest odżywianie przed myciem (ta metoda sprawdza się u mnie i jest potwierdzeniem dobrej drogi w pielęgnacji), postawienie na nawilżanie (w kosmetykach powinny dominować humektanty, jak gliceryna czy aloes) oraz… proteiny. Tu jestem zaskoczona, ponieważ z proteinami nie zawsze jest mi po drodze. Bywa, że kosmetyki z keratyną lub jedwabiem zbytnio spuszają moje włosy. Być może to kwestia konkretnych produktów i powinnam szukać wariantów pośród innych marek.

Podsumowanie testu włosów Hairfriend Rowenta

Innym ciekawym elementem testu są propozycje fryzur do danego typu włosów. Można powiedzieć, że mam dwie lewe ręce do stylizacji (suszarka i prostownica to maksimum moim umiejętności :)), dlatego każda podpowiedzieć w tym temacie jest na wagę złota. Myślę, że wypróbuję jedną czy dwie opcje w najbliższe Święta.

Ponieważ Hairfriend.rowenta.pl jest miejscem dla przyjaciółek włosów, portal zaproponował mi także listę osób, które podobnie jak ja wzięły udział w teście, i które posiadają podobne włosy do moich. Dzięki tej podpowiedzi mogłam porozmawiać na czacie z dziewczynami podobnymi do mnie. Dziewczynami, które interesują się sposobami, jak najlepiej zadbać o kondycję, w moim przypadku, włosów cienkich, matowych i suchych.

Przy okazji wykonania testu możecie wziąć udział w konkursie z atrakcyjnymi nagrodami, ale możecie też dodatkowo zagrać u mnie. 🙂 Wśród osób, które wzięły udział w teście na stronie Hairfriend.rowenta.pl wybiorę jedną i nagrodzę super cichą suszarką Rowenta Silence AC Respect wyposażoną w technologię jonową oraz zabezpieczającą przed utratą wilgoci z włosów. Zadanie konkursowe polega na dokończeniu jednego z poniższych zdań: najlepszą radą na temat włosów (ich pielęgnacji, stylizacji lub koloryzacji), jaką usłyszałam od przyjaciółki było… W komentarzu pod tym wpisem opiszcie ówczesny problem z włosami, jak brzmiała rada i jaki był rezultat jej zastosowania. Najciekawsza odpowiedź zostanie nagrodzona suszarką Rowenta Silence AC Respect.

Konkurs trwa do 18.12.2016. W formularzu komentarza proszę o podanie poprawnego adresu e-mail, który pozwoli na kontakt po ogłoszeniu wyników. Wyniki ogłoszę pod tym tym wpisem 19.12.2016.

Dodano 19.12.2016:

Dziękuję wszystkim za udział w konkursie. Z zainteresowaniem zapoznałam się z Waszymi inspirującymi historiami. Nagrodę w postaci suszarki otrzymuje komentarz Czytelniczki  o nicku Nitka z 16 grudnia. Serdecznie gratuluję! Proszę o odzew drogą mailową.

Wpisy, które mogą Ci się podobać

31 komentarzy

  • Odpowiedz Jakub 18 grudnia 2016 o 22:53

    Nie wiem, czy mężczyźni też mogą brać udział w tym konkursie, ale skoro regularnie zaglądam na Twojego bloga, to pozwolę sobie zaryzykować 😀 Mam długie włosy i od liceum codziennie rano je myję, suszę i prostuję (tak, wiem, mało męskie, ale co zrobić:D). Mam przez to włosy cienkie i zniszczone, ale i tak najbardziej przeszkadzają mi zakola ;/ Wiem, że to sprawa genetyczna, ale kiedyś dziewczyna przyłapała mnie, jak z paniką przeczesuję włosy i staram się ukryć zakola;/ Poradziła mi abym używał wcierek. Zawsze miałem problem z regularnością, ale zakola odejmują mi pewności siebie, dlatego codziennie używam wcierki (jantar z bursztynem) i już po kilku miesiącach zauważyłem ogromną różnicę! Kobiety, dzielcie się swoimi odkryciami ze swoimi mężczyznami!

  • Odpowiedz Ilona F. 18 grudnia 2016 o 21:47

    Mój wynik to mocne i lśniące, raczej gęste włosy:-)
    Ja raczej nigdy nie robiłam swoim włosom ,,pod górę”, dlatego nie miałam z nimi problemów. Tak naprawdę jedyną rzeczą której nie lubiłam i która sprawiała mi jakiekolwiek trudności było ich rozczesywanie i suszenie po umyciu. O ile latem suszenie nie stanowi dla mnie większego problemu – bo włosy myję wieczorem a noce zwykle są ciepłe – to zimą zamarzam jeśli ich porządnie nie wysuszę… Tego problemu póki co nie potrafię rozwiązać i żadna przyjaciółka nie potrafi mi pomóc – po prostu żadna suszarka nie sprostała dotąd wymaganiom moich baaaardzo długich, gęstych włosów. Poradziłam sobie jednak z uciążliwym rozczesywaniem, dzięki zastosowaniu popularnej ostatnimi czasy gumowej szczotki, którą poleciła mi przyjaciółka. Kiedy zobaczyła jak torturuję swoje włosy i przy okazji siebie rozczesując je po kąpieli w basenie, była przerażona. Poiwedział, że w te pędy mam kupować tę cudowną szczotkę, bo powyrywam sobie wszystkie włosy! Tak zrobiłam i jestem baaardzo zadowolona z jej stosowania. Pozostaje tylko znaleźć suszarkę idealną, albo wspólnie z przyjaciółkami wynaleźć ręcznik pochłaniający 100% wody ze świeżo umytych włosów;-)

  • Odpowiedz Joasia Dem 18 grudnia 2016 o 21:17

    Długo zmagałam się z tzw. gniazdem na głowie. Burza kręconych włosów mogła wyglądać intrygująco a może i nawet uroczo, lecz z bliska włosy straszyły końcówkami. Zdarzało mi się również znaleźć połamane egzemplarze… Brak czasu i lenistwo nie pozwalało mi na zrobienie czegokolwiek z tym kołtunem. Na studiach całe dnie spędzałam na uczelni, a po zajęciach przesiadywałam u znajomych lub w bibliotece. Wracałam do domu późno, więc brałam szybki prysznic i padałam z mokrymi włosami do łóżka, nie chcąc nikogo budzić suszarką. I tak co 2-3 dzień. Aż w końcu moja współlokatorka (a teraz już moja przyjaciółka) poradziła mi myć włosy rano i pozwolić im wyschnąć jak mam na później lekcje albo korzystać z jej suszarki. Słowo daję, prawdziwe czary. Kto by pomyślał ile szkody może wyrządzić zwykła poszewka! Cóż, gdybym na studiach miała cichutką suszarkę Rowenty, moje włosy już wcześniej doznały spokoju, ale nigdy nie jest za późno!

  • Odpowiedz Paulina 18 grudnia 2016 o 18:50

    Najlepszą radę, jaką usłyszałam [pchodziła nie od mojej przyjaciółki, ale od mojego największego przyjaciela – chłopaka Greka. Moje farbowane, kręcone, wysokoporowe włosy łamały się, rozdwajały i puszyły. Mój chłopak bez wahania poradził mi, żebym zaczęła olejować włosy oliwą z oliwek (tylko tą najlepszej jakości). Jego mama i babcia mają piękne włosy i cerę, bo od zawsze nie tylko jedzą oliwę, ale też nakładają ją na włosy i dodają do maseczek do twarzy. Oliwę z oliwek wcierają również w paznokcie. Takim sposobem, dzięki starożytnym greckim metodom 😉 i dzięki męskiej wersji mojej przyjaciółki, włosy stały się mocne, sprężyste i uchodziłam wśród znajomych za prawdziwą Greczynkę 🙂 Efxaristo poli – dziękuję bardzo!

  • Odpowiedz Gabi 18 grudnia 2016 o 13:48

    Odkąd zaczęłam w ogóle świadomie zajmować się włosami, czyli gdzieś około gimnazjum – rozpoczął się włosowy Armageddon. Najpierw moda na prostowanie, potem eksperymenty z farbowaniem i innymi zabiegami. Konsekwencją oczywiście okazały się późniejsze problemy i próby ratowania włosów. Sięgałam po rady na blogach, w książkach, u fryzjerów – było ich wiele i były często bardzo skrajne. Kiedyś podczas rozmowy z dobrą znajomą, gdy zeszło na temat włosów, powiedziała coś co trochę mnie otrzeźwiło: „A czy ty dajesz czasem swoim włosom po prostu odpocząć?”. Zawahałam się, bo przecież jak to odpocząć – dbam o nie jakby były kruchym jajkiem: ciągle okładam maskami, odżywkami, testuję nowe produkty i sprzęty żeby wyglądały jak najlepiej. To czego ona ode mnie chce? Okazało się jednak, że Marta trafiła w dziesiątkę. Chodziło jej o to, żebym przez jakiś czas dała włosom więcej luzu: nie myła ich codziennie, tylko raz na 3 dni. Nie testowała na nich każdej najnowszej odżywki, jakby były laboratoryjnym eksponatem. Tak jak dziecko, które czasem chlapiąc się w kałuży jest szczęśliwsze, tak też okazały się moje włosy. Po 2-3 miesiącach „odpustu”, zauważyłam że zachowują się inaczej. Na drugi dzień po myciu nie były już takie przetłuszczone – dłużej utrzymywały świeżość. Przestały być tak sztywne na końcach i oklapnięte u nasady. Wróciła im dawna sprężystość i naturalny luz, jaki miały w pewnym stopniu przed wszystkimi eksperymentami. Co najlepsze, ta rada nie wymogła na mnie nowych, dodatkowych zabiegów: ona je ograniczyła. Po raz kolejny okazało się, że mądry minimalizm potrafi dać wiele radości i korzyści – w tym wypadku włosom, a w efekcie – mnie.

  • Odpowiedz Karolina K 17 grudnia 2016 o 10:02

    Zapraszam Wszystkich na garść opowieści o włosowej treści.

    Początek historii jest taki, na czubku głowy wyrosły mi kłaki.
    Małe, brązowe, sterczące igiełki porastały niczym gałązka jodełki.
    Z biegiem czasu stawały się dłuższe, by po chwili przemienić się w krótsze.
    Pewnego razu odwiedziły fryzjera, który rzekomo los włosów odmienia.
    Z pomocą czarodziejskich nożyczek, spodziewałam się ujrzeć baśniowych różyczek.
    Stanęłam przy lustrze, przejrzałam się z boku, lecz jednak nie dojrzałam magicznego uroku.
    Widok był marny, nijaki, zewsząd sterczały wycieniowane kłaki.
    Gęsta czupryna poszła w zapomnienie, aż pewnego dnia przyszło wybawienie.

    Spadła niczym grom z jasnego nieba- rada Agnieszki – tego było mi trzeba.
    „ Zadbana skóra głowy to podstawa – regularne złuszczanie, codziennie wcierki i masowanie !”

    Zatarłam ręce, wzięłam się do roboty – do dzisiaj wyczyniam te włosowe psoty.
    Mijały miesiące, stuknęły dwa lata moja czupryna jest teraz kudłata.
    Ich wygląd wizualny nigdy nie jest taki sam.
    Tę kwestię pozostawiam bez komentarza, bez dwóch zdań!.
    Z natury falowane, ciemnobrązowe, jedynie w snach bywają ciemnoczekoladowe.
    Obecnie sięgają mocno za łopatki, ich rozwój nigdy nie był oczywisty i gładki.
    Co prawda miewamy trudne momenty, w tak trwałym związku to się zdarza.
    Aczkolwiek nigdy nie zmusiły mnie do pójścia w ich sprawie do lekarza.
    Lubimy ryzyko, z ciekawości szukamy zmiany, by w końcu kłaczki objawienia dostały.
    Profesjonalny sprzęt jest nam kompletnie obcy, jednak zasmakowałybyśmy go jak wilk owcy.
    W przypadku konieczności ( kaaarooolinciaaa@gmail.com)- może Twój mail w naszej skrzynce zagości.

    Pozdrawiamyyy!! Wspólne zdjęcie gratisowo dołączamy-https://zapodaj.net/f339c1200fdc8.jpg.html

  • Odpowiedz Aneta 16 grudnia 2016 o 20:47

    U mnie, to było… Polecenie Twojego bloga. To było w sierpniu 2013 roku. Karola podesłała mi link do Twojego bloga, do posta z „aktualizacją włosowa”. To jeszcze za czasów hennowania i Sesy 🙂 Twoje włosy zrobiły wtedy na mnie (na mojej przyjaciółce również) tak piorunujące wrażenie, że postanowiłam spiąć pośladki i też mieć takie 😀 Co prawda ani henna, ani Sesa się u mnie nie sprawdziły, ale eksperymentowałam z różnymi olejami, aż znalazłam te odpowiednie, przerzuciałam się na delikatne myjadła do włosów itd. Poza tym Twój blog zachęcił mnie do szukania kolejnych i tak poznałam m.in. Anwem, BHC, AlinęRose… Teraz, po 3 latach, mam włosy, które, na ulicy, chwalą obce osoby 😀

  • Odpowiedz Nitka 16 grudnia 2016 o 08:24

    Mam to szczęście, że moja przyjaciółka jest totalnie zakręcona na punkcie dbania o włosy i zawsze jestem na bieżąco. Ale najbardziej jestem jej wdzięczna za radę dotyczącą spróbowania zaakceptowania tego jakie mam włosy naturalnie. Moje włosy są rude i kręcone, mogłabym porównać je z włosami Meridy z bajki, na pewno kojarzysz 🙂 Od kiedy pamiętam zawsze je prostowałam i farbowałam na brąz albo co gorsza czerń. Im bardziej kombinowałam tym mniej byłam zadowolona… Zamknięte koło. No i jedynego razu moja przyjaciółka postawiła mnie przed lustrem i po prostu zapytała jak ja się czuję w tym co mam na głowie. Powiedziałam że beznadziejnie, ponuro, staro, jak nie ja… Uświadomiła mi, że tak naprawdę ukrywam się pod tą czarną czupryną, chowam przed opinią innych, bo rude to wiadomo… (Stereotypy zawsze męczyły mnie już od podstwowki). Z jej pomocą i radami doszłam do stanu włosów naturalnych i zdrowych. Poradziła mi, żeby przestać farbować, a ciemne końce spróbować rozjaśnić do odrostu u fryzjera. Trafiłam w dobre ręce i udało się to zrobić bez większych zniszczeń. Dzięki temu mogłam spokojnie zapuszczać swoje włosy. Przyjaciółka poradziła mi tez jeden świetny zabieg, mianowicie laminowanie. Razem z maską robi cuda na głowie. Mam po nim sprężyste i błyszczące fale, coś pięknego.
    A więc najlepszą rada od mojej przyjaciółki był powrót do naturalnego koloru i struktury włosów oraz zadbanie o ich nawilżenie i skręt.
    Pozdrawiam, nitka

  • Odpowiedz XXX 15 grudnia 2016 o 18:48

    Najlepszą radą, jaką usłyszałam od przyjaciółki było.. wrzucenie na luz. Nie zawsze grzywka będzie perfekcyjnie spoczywała na czole, a misternie ułożone włosy-chełm nigdy nie zaspokoją mojej natury perfekcjonistki. Dlatego zamiast walczyć z prostowaniem (i utrwalaniem) fryzury, skłaniam się w stronę naturalności i luzu, przestając marnować tak ważne chwile w życiu!

  • Odpowiedz Daria 15 grudnia 2016 o 12:54

    Test wskazał: mocne i lśniące, raczej gęste włosy. I rzeczywiście tak jest. Ale dlaczego? A może bardziej dzięki czyjej pomocy? Mojej przyjaciółki!

    Najlepszą radą od mojej przyjaciółki na temat pielęgnacji włosów było…
    zacznijmy od początku:

    Był to wrzesień,
    zabrałyśmy swe bagaże,
    głowy pełne nowych planów.

    Godzin cztery już za nami,
    gdy Warszawa w pełnej krasie,
    wita nas – studentki młode.

    Dzień za dniem gna jak oszalały,
    moje włosy zwariowały!
    Puch i siano – co ja zrobię!
    Przecież randkę mam za…moment.

    Przyjaciółka gary bierze,
    trochę wody, liść laurowy,
    wszystko miesza, chochlą kręci,
    czary jakieś chyba nęci.

    Bierze mnie za szmaty szybko,
    głowę zlewa eliksirem.
    Każe czekać – no to czekam.

    Za chwil parę,
    chwytam zgrabnie za suszarkę – trochę starą i niemrawą.
    Trzeba szybko się uwijać,
    bo już luby do drzwi puka.
    Włosy jakby po dotknięciu różdżką,
    błyszczą jak u lalki oczka.
    Chyba będzie z tego romans.

    Więc pamiętaj, droga moja,
    gdy cię przyjaciółka woła,
    rad jej słuchaj.
    I szybciutko notuj proszę:
    wody garnek, liść laurowy – gotuj razem.
    Potem ostudź.
    Spłukuj włosy po każdym myciu.

    Więc dziewczyny!
    Laury we włosy!
    A będziecie błyszczały jak gwiazdy na niebie.
    A dzięki efektom ubocznym,
    pozbędziecie się również:
    swędzenia i szybkiego przetłuszczania się włosów.

    Taka to historia moja.
    Przyjaciółka mi zawsze,
    radę złotą poda.
    A teraz wybaczcie,
    kończę swą opowieść,
    gdyż luby przed ołtarzem,
    a ja ciągle z laurem na głowie.

  • Odpowiedz Pani Podolog 14 grudnia 2016 o 23:46

    Najlepszą radą od mojej przyjaciółki na temat pielęgnacji włosów było zdanie: kury znoszą złote jajka a pszczoły produkują płynne złoto i złoty pył. Gdy zmieszasz ze sobą wszystkie te dobra otrzymasz maseczkę która zrobić Twoich włosów jedno wielkie „wow”… Na początku dość ostrożnie podeszłam do tematu takiej maski bo pomyślałam że jak nałożenie taką gęstwinę na włosy to sama będę wyglądała jak przyslowiowa ” zmokła kura ” i nie uda mi się jej zmyć. Ale odważyłam się i nie żałuję!! Stosuje taka maskę raz w tygodniu, sumiennie i choćby się waliło, paliło jak wybija piątek wieczór jajecznica na głowę i nie ma litości. Co dzięki temu osiągnęłam? Zdrowy włos, silny, nie kruszy się, najlepiej opisuje je słowo ” jędrny ” polecam, polecam, polecam!!

  • Odpowiedz Aga 14 grudnia 2016 o 15:21

    Najlepszą rada od mojej przyjaciółki było: „zaakceptuj swoje włosy zrób z nich swój atut.”. Moje włosy z natury są bardzo grube, gęste i sztywne. Z jednej strony podwijają się do wewnątrz, z drugiej wywijają się na zewnątrz. Całe życie próbowałam zmienić ich wygląd i fakturę: najpierw robiłam trwałą by były lekko falowane, potem w ruch poszła prostownica. Jak się domyślacie w pewnym momencie włosy były w opłakanym stanie i wtedy wkroczyła moja przyjaciółka. Za jej radą postanowiłam zaakceptować to jak wyglądają moje włosy, udałam się do dobrego fryzjera który odpowiednim cięciem wydobył z nich ich piękno i przede wszystki postawiłam na dobrą, przemyślaną pielęgnację. Teraz włosy nie są już moim problemem, odżyły, są zdrowe, cieszę się z tego jak wyglądam, a ich stylizacja ogranicza się do ich wysuszenia i od czasu do czasu nakręcenia na szczotkę.

  • Odpowiedz Kasia 14 grudnia 2016 o 12:31

    Najlepszą radą od przyjaciółki na temat pielęgnacji włosów była dla mnie zachęta do używania masek. Było to w okresie, kiedy moja pielęgnacja ograniczała się do mycia włosów szamponem i pozwolenia im na naturalne wyschnięcie. Zmotywował mnie sposób, w jaki moja przyjaciółka radziła z maską współpracować (nota bene, z tego co kojarzę bardzo podobny do tego, o którym Ty kiedyś pisałaś), czyli włosy z maską zawinąć w czepek, następnie w ręcznik i po prostu zająć się czymś innym. Tak też zaczęłam robić i po kilku tygodniach czyszczenia łazienki, prasowania i tym podobnych czynności z turbanem na głowie zauważyłam pierwsze rezultaty. Moje przesuszone, falujące włosy były bardziej miękkie i błyszczące. Te pierwsze efekty zachęciły mnie do walki o piękniejsze włosy – teraz regularnie używam oleju przed myciem, po myciu odżywka, no i nie myję ich już codziennie. Chętnie powalczę o suszarkę, która nie będzie wyciągała z włosów wilgoci, bo myślę, że skutecznie pozwoliłaby mi ograniczyć puch na głowie, który zazwyczaj po suszeniu obserwuję 🙂

  • Odpowiedz Agata 14 grudnia 2016 o 12:12

    Najlepsza rada na temat włosów, jaką usłyszałam od przyjaciółki dotyczyła stylizacji.
    Ogólnie nie mam problemowych włosowych- od kilku dobrych lat ich nie farbuję i dzięki temu naprawdę się wzmocniły oraz wizualnie wyglądają dobrze ( nie wypadają nadmiernie, nie są przesuszone czy matowe), dlatego wynik testu mnie nie dziwi: „mocne i lśniące, raczej gęste”. Aczkolwiek jako posiadaczka dość długich włosów, zdecydowanie miałam trudności z nadaniem im objętości (nie lubię i przyklapniętych włosów). Nie pomagały pianki, pudry do włosów, suszenie głową w dół. Wiem, że po części trzeba się z tym liczyć mając dłuższe włosy i już prawie się poddawałam, ale dzięki przyjaciółce znam na to sposób! Po umyciu włosów nie suszę ich od razu, tylko pozwalam delikatnie przeschnąć tak żeby były wilgotne. Następnie przy pomocy okrągłej szczotki i suszarki suszę włosy pasmo po paśmie wyciągając do góry. Co ważne – pasma przy samej nasadzie po wysuszeniu podpinam na chwilę klipsem. Wydaje się banalne i powszechnie znane, ale serio działa, spróbujcie! Oprócz nadania objętości włosom, są inne plusy tej metody:
    1. Nie suszymy mokrych włosów – proces suszenia się skraca i nie męczymy tak włosów.
    2. Taki sposób suszenia/modelowania idealnie prostuje włosy = prostownica w kąt 😉
    3. Jest oszczędny – raczej każdy ma okrągła szczotkę i suszarkę. Przy tej metodzie nie potrzeba szeregu środków do stylizacji.

    Miło będzie mi przetestować nową suszarkę w takiej akcji 🙂

    Pozdrawiam

  • Odpowiedz Kasia 14 grudnia 2016 o 11:38

    Najlepszą radą na temat stylizacji włosów, jaką usłyszałam od przyjaciółki było to, że wbrew ogólnie polecanego dla lepszej kondycji włosów suszenia naturalnego, odpowiednie używanie suszarki (z zachowaniem dogodnej włosom temperatury i odległości) wpływa na ich jakość znacznie lepiej ;).
    Wcześniej nieustannie narzekałam, że moje z natury falowane, cienkie włosy fatalnie się prezentują, gdy pozwalam im schnąć naturalnie, dodatkowo wydają się wtedy bardziej przesuszone i brakuje im blasku. Dziwiło mnie to, dlaczego przecież, gdy nie „męczę ich zbędnym ciepłem”, one wyglądają jeszcze gorzej?
    Wtedy właśnie moja najlepsza przyjaciółka, zmęczona moim stałym marudzeniem tupu: „dbam o włosy najlepiej jak potrafię, znajduję dodatkowy czas na ich schnięcie naturalne, ale jedynym sposobem na ich ładne prezentowanie się jest właśnie suszarka, a przecież to ona ma pogarszać ich stan!”, postawiła kres mojemu rozdarciu włosowo-moralnemu. Wytłumaczyła mi, że (jak sama tego doświadczyłam) pozostawianie włosów samych sobie do wyschnięcia nie zawsze im pomaga, wręcz przeciwnie.
    Włosy wskutek kontaktu z wodą „puchną”, a im więcej czasu są w takim stanie, tym bardziej podatne na uszkodzenia są delikatne łączenia keratynowe budujące włos.
    Zatem najodpowiedniejszym sposobem jest częściowe schnięcie naturalne (do ok. 60% suchości) i dosuszenie ich na średnim, a najlepiej najniższym (którym zawsze powinnyśmy przynajmniej kończyć proces) ustawieniu temperatury suszarki, pamiętając o równomiernym rozprowadzeniu nawiewu (nie skupiając go w jednym obszarze przez długi czas) i zachowywaniu odległości przynajmniej kilkunastu centymetrów urządzenia od włosów. Dzięki takiemu zabiegowi skończymy ze lśniąca (co dodatkowo wzbogacić może funkcja jonizacji suszarki i zabezpieczenie końcówek serum bądź kroplą olejku), bardziej podatną na stylizację według naszych potrzeb fryzurą oraz zaoszczędzimy sporo tak cenionego czasu, który wciąż tylko ucieka…
    I pamiętajmy, inwestycja w porządną suszarkę opłaca się zdecydowanie bardziej, niż zbytnie oszczędzanie na niej, prowadzące do częstszej konieczności wymiany sprzętu. Komplementy na temat pięknych włosów znacznie bardziej poprawią nam humor, niż tych parę zaoszczędzonych wartościowych papierków (co na dłuższą metę i tak wychodzi na straty)! 😉
    Przepraszam za rozległość posta, jednak bardzo chciałam podzielić się tymi informacjami, gdyż dobrze wiem, jak ogromnie lepiej możemy poczuć się z ładnie wystylizowanym uczesaniem.
    Pozdrawiam cieplutko wytrwałych w czytaniu i miłego dnia wszystkim :*

  • Odpowiedz misshardstyle 14 grudnia 2016 o 10:40

    W czerwcu tego roku miał miejsce mój wielki dzień – ślub. Długo zastanawiałam się nad odpowiednią fryzurą i odwiedziłam trzy miejscowe salony fryzjerskie, by znaleźć włosowego czarodzieja, który z moich cieńkich, rzadkich i niepodatnych na jakąkolwiek stylizację włosów wyczaruje coś satysfakcjonującego. Grube rozczesane fale rodem z pinteresta rozprostowywały się w 30 minut, a piękne instagramowe kłosy i inne plecionki, na moich cieńkich piórkach prezentowały się mizernie i nieatrakcyjnie.
    Wtedy moja przyjaciółka, a zarazem świadkowa, po kolejnej serii moich włosowych narzekań dała mi bezcenną radę : „jeśli nie możesz czegoś zmienić, zaakceptuj to!”. Za jej radą w dniu ślubu postawiłam na rozpuszczone włosy, wyciągnięte na szczotce dla nadania im odrobiny objętości i romantyczny, kwiatowy wianek. I wiecie co? W ogóle nie żałuję! Czułam się w 100% sobą, czułam się pięknie. Wszyscy goście chwalili moją niewymuszoną, naturalną fryzurę i nie bałam się, że po północy z moich grubych fal zostaną smętne druciki. Dodam, że pan młody również był zachwycony 😉

  • Odpowiedz Monika 14 grudnia 2016 o 00:35

    Żałuję że nie mogę jej używać w Stanach

  • Odpowiedz Marta Żak 13 grudnia 2016 o 23:39

    Marzy mi się taka suszarka, wreszcie mój chłopak przestałby narzekać, że mu suszę o 6 rano 😀
    Rada, za którą najbardziej jestem wdzięczna przyjaciółce to zmiana fryzjera. Zawsze chodziłam z mamą do starszej babeczki, która ścinała jak… 20 lat temu. Kiedy byłam młodsza nie zwracałam jakoś na to uwagi, na jakość nożyczek, sprzętu, ale dopiero jedna osoba była ze mną szczera i powiedziała, że mój problem, na przykład ze znizcoznymi końcami (mimo nakładania tony silikonu i jewabiu) może leżeć właśnie w fryzjerze, a chodziłam do niego regularnie. Zmieniłam na renomowany salon i dopiero zobaczyłam, jak powinno wyglądać profesjonalne cięcie i w ogole obsługa. Od tamej pory moje włosy rosną ładniejsze i ja wyglądam ładniej w bardzie nowoczesnej fryzurze. Nie muszę już ładować na końcówki pół buteleczki olejku, a włosy wyglądają i tak dobrze. Życzę powodzenia wszsytkim!

    • Odpowiedz Marta Żak 13 grudnia 2016 o 23:40

      Przepraszam za literówki, ale jestem o tej godzinie padnięta, a to jedyna pora na odwiedzanie ulubionych blogów 🙂

  • Odpowiedz Agunia 13 grudnia 2016 o 23:34

    Pewnie nie mam szans z masą czytelniczek, która cię czyta, ale spróbuję 🙂
    Dla mnie najlepszą radą i najbardziej zaskakującą, którą usłyszałam od przyjaciółki była maseczka z banana, żółtka i oliwy. Wszystko blenduje się się na gładko (nie może być żadnych farfocli) i nakłada na wilgotne, ale nieumyte włosy. Trzyma się ten cudowny specyfik przez pół godziny a potem zmywa dziecięcym szamponem. Dla mnie to odkrycie wszechczasów, nigdy nie miałam tak pięknych, błyszczących włosów jak po tej masce. Teraz polecam ją wszystkim wokoło (jesli ma ktoś oczywiście dobry blender :D).
    Pozdrawiam cieplutko!!! Meil podalam w ramce.

  • Odpowiedz Andzia A 13 grudnia 2016 o 23:14

    Najlepszą radą na temat włosów jaką usłyszałam od przyjaciółki było to, abym zaprzestała ich codziennego mycia oraz tak intensywnego odżywiania. Moje włosy są normalne, mocne i lśniące, aczkolwiek nie zawsze zdawałam sobie z tego sprawę. Moim największym (albo raczej najbardziej uciążliwym) problemem było nadmierne przetłuszczanie się włosów. Do tego były wiecznie oklapnięte, a przecież tak o nie dbałam! Dopiero przyjaciółka interesująca się bardziej niż ja tematyką włosową (choć teraz i mnie to wciągnęło) uświadomiła mi, że chcąc dbać o włosy, działam wręcz na ich niekorzyść. Kiedy powiedziała, abym spróbowała rzadziej myć włosy, chociaż co drugi dzień oraz stosować lżejsze maski i trochę rzadziej (a także zwrócić większą uwagę na odżywki) wydało mi się absurdalne. Bo jak to? Przecież jak nie umyję włosów to będą tłuste? No i czemu mam „mniej” o nie dbać. Na szczęście przyjaciółka nie dała się tak łatwo zbyć i jakoś przekonała mnie, abym chociaż spróbowała. Dziś myję włosy co 3 dzień, nie używam już bardzo ciężkich masek co mycie, ale wymieniłam je na lżejsze, a częściej nawet zastępuję je odżywkami. I w końcu mogę szczerze powiedzieć, że włosy naprawdę są moją ozdobą 😉
    andzia0428@gmail.com

  • Odpowiedz Vashti 13 grudnia 2016 o 23:08

    Tym, co najbardziej zmieniło moje włosy było znalezienie na jakimś blogu wpisu o obcinaniu włosów maszynką. Bardzo mnie to zaciekawiło, więc sama postanowiłam tego spróbować. Moje włosy zawsze były cieniowane, więc trochę czasu zajęło mi doprowadzenie wszystkich do jednej długości. Ale dzięki temu mam teraz bujną i idealnie prostą czuprynę, nie mam nawet prostownicy, bo zwyczajnie nie mam po co jej używać. Teraz obcinam włosy nożyczkami, ale też na prosto:) W międzyczasie zrezygnowałam też z farbowania włosów i dostaję mnóstwo pytań jakiej farby używam:)

    A tak pół żartem pół serio to kiedyś, kiedy jeszcze moje włosy były nie tknięte farbą bardzo się przetłuszczały. Pewna fryzjerka proponując mi mocne cieniowanie (żeby uzyskać objętość oczywiście…) zaproponowała mi lekkie przypalenie nasady włosów prostownicą, bo jak będą troszkę zniszczone to się nie będą przetłuszczać….oczywiście uciekłam od razu:)

  • Odpowiedz Barbara P. 13 grudnia 2016 o 20:22

    Najlepsza rada jaką usłyszałam rozwiązała dwa problemy moich włosów: przetłuszczanie się u nasady i brak objętości. Okazało się da się temu zaradzić dbając o skórę głowy. Słowem kluczem był: peeling. Przyznaję, długo podchodziłam do tematu jak pies do jeża…Jakoś mi nie pasowało złuszczanie skóry porośniętej włosami. Niemniej warto było się przełamać. Zrobiony z soli morskiej i białej glinki peeling faktycznie fajnie zadziałał. Dodał włosom oddechu. Czupryna zyskała na objętości, włosy były dłużej świeże. Z czasem ilość sebum się unormowała, a peelingowanie weszło na stałe w mój schemat pielęgnacji włosów 🙂

  • Odpowiedz Asia 13 grudnia 2016 o 19:05

    Najlepszą radę jaką usłyszałam od przyjaciółki to: zostaw je w spokoju. 😀
    Po liceum przeprowadziłam się do Krakowa więc zmieniłam wodę miękką na twardą (wtedy jeszcze woda była tu straszna!), do tego doszło złe odżywianie (jak to na pierwszym roku studiów 😉 i stres związany ze studiami. Włosy zaczęły mi wypadać, po jakimś czasie znacząco się przerzedziły, były suche, zaczęłam stosować jakieś szampony lecznicze na wypadanie, w aptece poradzili mi stosowanie szamponu na łupież (którego nie miałam) bo podobno zatykał mi… ujścia meszków włosowych? Później po cudownych szamponach miałam przesuszoną skórę głowy, skóra wytwarzała więcej sebum więc włosy zaczęły się przetłuszczać u nasady. Jeśli chodzi o fryzurę to zawsze miałam cudownie wycieniowaną, która miała sprawić że było ich więcej, w rzeczywistości tak się kręciły i puszyły na końcach że musiałam je prostować żeby jako tako wyglądać i tak dodatkowo je niszczyłam. Tak na prawdę przez pierwsze dwa lata studiów miałam jakąś obsesję na punkcie włosów i czułam jakby inni widzieli, że łysieję.
    Moja najlepsza przyjaciółka, która jest moją mamą (:]) poradziła, żebym zostawiła je w spokoju. Bo to jest tak jak z trądzikiem neuropatycznym, im więcej w buzi się grzebie paluchami tym gorzej. Na początku trochę się opierałam ale konieczność pracy na cały etat i studiowania trochę mi pomogły. Po prostu je myłam naturalnym szamponem, schły naturalnie, zaplatałam w warkocz i tak w kółko… Po jakimś czasie zobaczyłam małe włoski 😮 po czterech latach mam wyhodowane długie gęste włosy, obcięte wszystkie na równo, no może z małym cieniowaniem na końcach, żeby delikatnie się kręciły. Myję, szybka odżywka, raz w tygodniu maska, suszę, zakręcam w spiralkę i idę spać. Teraz lubię moje włosy i nie chciałabym mieć innych 🙂

  • Odpowiedz Marysia 13 grudnia 2016 o 18:15

    Najlepszą radą jaką usłyszałam od przyjaciółki była propozycja, żebym bliżej przyjrzała się swoim włosom i starała się lepiej poznać ich potrzeby. Do sierpnia tego roku nie poświęcałam im za dużo uwagi(unikałam tylko suszenia suszarką-bo moja ma tylko gorący nawiew 🙁 , nakładałam serum każdego ranka przed wyjściem i tyle), ale za to ciągle potrafiłam narzekać na to jak się elektryzują, puszą i przetłuszczają już po pierwszym dniu od ich umycia. Dzięki mojej przyjaciółce już od 3 miesięcy staram się przed każdym myciem naolejować włosy na długości i pozostawić ten olej chociaż na godzinkę. To właśnie Asia poleciła mi znany w całej blogosferze olej lniany, który może pomóc mi w odzyskaniu kondycji moich włosów i jak zwykle miała rację. Dzięki niej powoli staję się włosomaniczaką, kupiłam nożyczki firmy Jaguar do podcinania końcówek żeby nie pogarszać ich stanu tymi zwykłymi z Rossmanna, które musiałam przy niej wyrzucić do kosza na śmieci. Dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, że wszystkie rady, których udzieliła mi 3 miesiące temu przyniosły spodziewane efekty. Teraz mogę się pochwalić lśniącymi włosami(zasługa oleju lnianego), zmniejszonym przetłuszczaniem skalpu(wcierka z korzenia mydlnicy lekarskiej) i zdrowszymi końcówkami(polecam wszystkim nożyczki Jaguar Pre Style Relax). Do kompletu brakuje mi jeszcze tylko porządnej suszarki, ale kto wie, może uda mi się ją wygrać w tym konkursie. 🙂

  • Odpowiedz AnitaS 13 grudnia 2016 o 18:05

    Moja przyjaciółka jest zapaloną fryzjerką, ale inaczej niż większość dziewczyn w tym zawodzie bardzo uważa na stosowanie sprzętu do stylizacji, to znaczy na przykład prostownice czy lokówki muszą być bardzo dobrej jakości, bo uważa, że to one odpowiadają za największe zniszczenie włosów. Uważa też na stosowane kosmetyki, włosy zawsze mocno zabezpiecza. I właśnie tę rzecz doceniłam najbardziej. Kiedyś cały czas prostowałam włosy i jednocześnie narzekałam, że są popalone, suche, łamliwe,jednym słowem szopa 🙂 Ona uświadomiła mi, że kiedy ograniczę prostowanie to będę mogła zawalczyć o ładniejsze włosy. Trochę otworzyła mi oczy, dzięki czemu teraz rosną szybciej, odrastają mi nowe, błyszczące. I druga rzecz to akceptacja. Bardziej akceptuję moje naturalne, lekko falowane włosy. Zrozumiałam, że nie każdy musi mieć idealne, proste, jak z reklamy, że fale odpowiednio pielęgnowane też są piękne. Za to jej najbardziej jestem wdzięczna. Oczywiście ram o suszarkę, mam nadzieję, że pomoże trochę ochronić moje delikatne włosy 🙂

  • Odpowiedz Ala 13 grudnia 2016 o 17:59

    „najlepszą radą na temat włosów (ich pielęgnacji, stylizacji lub koloryzacji), jaką usłyszałam od przyjaciółki było…” dla mnie na pewno laminowanie włosów żelatyną. Kiedyś były szorstkie i wysokoporowate (w sumie dalej takie są z natury), ale odkąd laminuję na ciepło to chociaż trochę udają niskoporowate, gładkie i lśniące. Koleżanka wyszukała ten sposób gdzieś na blogu i potem podzieliła się przepisem z połową klasy 🙂 Ala

  • Odpowiedz Ada 13 grudnia 2016 o 17:56

    Najlepszą radą na temat włosów, jaką usłyszałam od przyjaciółki było oczywiście olejowanie. Moje włosy były wtedy w opłakanym stanie, po wszelkich możliwych eksperymentach na włosach (malowanie, codzienne prostowanie, suszenie gorącym nawiewem) dosłownie się kruszyły. Kiedy przejrzałam na oczy, moja przyjaciółka podarowała mi olej z pestek winogron, który stał się moim wybawieniem. Nie obeszło się bez ścięcia paru centymetrów ale aktualnie moje włosy są piękne, zdrowe i lśniące.
    Mój mail: adaa.i@onet.pl

  • Odpowiedz Monika 13 grudnia 2016 o 17:56

    Hej Idalio, moją ulubioną radą była rada od wirtualnej przyjaciółki, poznanej kiedyś na forum włosowym, mianowicie lniany glutek. Od kiedy regularnie go nakładam, mam włosy mięciutkie, puszyste i mega lśniące. Wystarczy siemię lniane i woda i możemy odmienić włosy na długo. Żadne kosmetyki nie dają mi takiego efektu. Fantastyczna sprawa! Pozdrawiam i trzymam za siebie kciuki! :))))

  • Odpowiedz Agnieszka 13 grudnia 2016 o 17:52

    Dla mnie najlepszą radą było… zaprzestanie nadmiernego olejowania. Miałam przez jakiś czas manię nakładania oleju, dosłownie dzień w dzień, pod czepek na noc, i w końcu tak wysuszyłam włosy (oleje były ziołowe), że zrobiły mi się strąki. Koleżanka poradziła, żeby na chwilę nie nakładać oleju a dawać tylko żel aloesowy i odżywki z humektantami. Pomogło i po dwóch tygodniach nie było śladu po suchych strąkach. Stara zasada, co za dużo to nie zdrowo 🙂

  • Odpowiedz Marika 13 grudnia 2016 o 17:46

    Byłam, z ciekawości test zrobiłam, mi wyszły włosy gęste i mocne. Porady były w sumie trafione, większość stosuję w codziennej pielęgnacji.
    Chętnie złapię taką fajną suszarkę, zwłaszcza, że moja już ledwo zipie 😀
    Najlepszą radą od mojej przyjaciółki było nakładanie oleju na mokre włosy. Zawsze puszyły się po wysuszeniu, były splątane i niemiłe w dotyku. Zaczęłam nawilżać je w ten sposób przed myciem. Po zwilżeniu ich spryskuję olejem po długości, a po pół godziny myję i zabezpieczam odżywką b/s. Dzięki temu lepiej się rozczesują, są bardziej miękkie i przestały tak się strasznie puszyć (wtedy kiedy używam olejów do włosów porowatych). Taka mała zmiana w pielęgnacji, ale dużo dała.
    Pozdrawiam! M.

  • Dodaj komentarz

    %d bloggers like this: