Beauty

O ślicznotkach, które potrzebują dopalacza | Liquid Metal Eyeshadows, Catrice

Cienie Liquid Metal są stosunkowo nową pozycją w szafach Catrice. Zanim pojawiły się w regularnej sprzedaży, marka wypuściła cztery sztuki w LE “L”afrique c’est chic”. Mnie nie udało się niestety kupić pięknej limitowanej zieleni i złotego beżu, dlatego odbiłam sobie (z nadwyżką ;)) jakiś czas później, kupując trzy z 9 olśniewających, dostępnych na stałe odcieni. W koszyku wylądowały: 020 Gold n’ Roses, 070 Gold Leaf Me oraz 080 Mauves Like Jagger.

„Cienie Liquid Metal Eyeshadows połyskują na powiekach jak płynny metal. Delikatnie pudrowe cienie o trójwymiarowej strukturze mogą być aplikowane na mokro lub na sucho – aby zapewnić wyjątkowy, metaliczny efekt i zintensyfikować kolor.”
Czy cienie połyskują na powiekach jak płynny metal? Tak, ale nie w opcji na sucho. Aby wydobyć ich metaliczną poświatę oraz intensywny odcień, dobrze jest sięgnąć po lepką bazę (Dax, Grasha lub Lily Lolo) lub po Duraline (sprawdza się także domowe mixing medium). Wówczas nie tylko lepiej wyglądają (pigment nie wyciera się), ale są też wygodniejsze w nakładaniu (osypywanie zminimalizowane), gdyż ich konsystencja jest naprawdę daleka od, charakterystycznej dla większości cieni metalicznych, mokrej struktury (takiej jak np. w pigmentach L’Oreal Infallible). Ponieważ podstawę mojego makijażu oka zawsze stanowi baza utrwalająca, nie jestem jakoś szczególnie poirytowana właściwościami Liquid Metal w postaci suchej, choć przyznaję, że małe rozczarowanie początkowo pojawiło się (wygląd kosmetyku w opakowaniu może zwieść oko; testerów w sklepie nie uświadczyłam). Owe rozczarowanie jednak nie było na tyle duże, by zniechęciło mnie do ich używania. Na bazie, a nawet na korektorze płynnym cienie prezentują się bardzo dobrze – znacznie mniej się osypują, a ich kolor jest intensywny, trwały, nie blednie w trakcie noszenia a także podczas rozcierania. Najlepiej wyglądają nakładane pędzlami syntetycznymi, których włosie nie gubi pigmentu i połysku.

 Moja trójka:

020 Gold n’ Roses – blady róż ze złotem,
070 Gold Leaf Me – oliwkowa zieleń ze złotem,
080 Mauves Like Jagger – brudny fiolet z szarością.

Poniżej grubsza warstwa cieni bez bazy. Podczas rozcierania (bez wcześniejszego zagruntowania) niestety cienie tracą połysk oraz pigment. Na bazie Dax, Grasha lub Lily Lolo tego nie zauważyłam.

Poza ładnym wytłoczeniem (kojarzą mi się z KIKO Water Eyeshadows; aż szkoda je naruszać ;)), zaletą cieni jest ich opakowanie, które mimo wielu upadków nie rozpadło się. Wykonane zostało z twardego, grubego plastiku. Klapkę początkowo ciężko otworzyć, jednak po kilku dniach wyrabia się i nie sprawia problemów.
Za cienie zapłaciłam ok. 15 zł (4g) w Naturze.
Podsumowując moje wrażenia: bez wątpienia nie są to cienie bez wad. Na ich niekorzyść zaliczam przeciętną pigmentację, powodującą blaknięcie koloru podczas rozcierania oraz suchą, osypującą się konsystencję. Jeśli więc nie stosujecie przed nałożeniem cienia kosmetyku utrwalającego, myślę, że możecie darować sobie Liquid Metal. Ponieważ ja bazy używam przy każdym makijażu oczu, w praktyce nie doświadczam tak mocno wspomnianych negatywnych aspektów. Zagruntowane cienie pięknie połyskują, bez problemu ulegają roztarciu, a także dobrze łączą się z innymi pigmentami, niekoniecznie tej samej marki. Poza tym są trwałe, nie rolują się w zagłębieniu powieki, a ich odcień w trakcie noszenia nie płowieje. Przyczepić mogę się tylko do faktu, że mimo bazy nieco się osypują. Mniej niż bez, ale jednak. Tak więc, jeśli Liquid Metal to tylko na mokro lub na podbijającej kolor bazie.
Dajcie znać, czy również skusiłyście się na te cienie? Jaka jest Wasza opinia o nich? 🙂

65 komentarzy

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: