Jestem oczarowana! [Cienie prasowane Chic Nudes, Shrinking Violet i pędzelki Lily Lolo]

Prasowane cienie Lily Lolo wisiały na mojej wishliście od momentu pojawienia się w sprzedaży. Wygodna forma, piękne miksy kolorystyczne i świetne składy – to tylko kilka z cech charakteryzujących te mineralne prasowańce. Marzyły mi się szczególnie dwa duety: przybrudzony róż i rozbielony liliowy Chic Nudes oraz satynowy beż i zgaszony fiolet Shrinking Violet. Do nich dołączyły trzy syntetyczne pędzelki – skośny do kresek, płaski do aplikacji cieni oraz dwustronny do precyzyjnego nakładania i rozcierania, dedykowane szczególnie cieniom mineralnym.

Rozczarowana nieco cieniami sypkimi, o których pisałam TUTU, ze sporą dozą dystansu przystąpiłam do wypróbowywania prasowanych braci. Wizualnie zachwyciły mnie od razu, ale gdzieś w środku obawiałam się suchej konsystencji i bardzo słabej pigmentacji. Jasne cienie niestety mają to do siebie, że często ich formuła i nasycenie pozostawiają wiele do życzenia. W przypadku cieni Lily Lolo na szczęście tak nie jest. Oba duety, mimo różnych wykończeń, są w swej suchości lekko kremowe, świetnie zmielone (w dotyku wręcz jedwabiste) i z łatwością czepiają się palca lub pędzelka (najlepiej syntetycznego, o czym wspomnę niżej). Z racji posiadanych odcieni ich nasycenie nie jest hiper mega mocne, ale na tyle dobre, że spokojnie widać je na powiece [próbka na dłoni zresztą to pokazuje, dodam, że bez bazy]. 
TU możecie obejrzeć wszystkie odcienie prasowańców LL.


Chic Nudes był pierwszym wyborem. Piękny rozbielony róż i fiolet to pozycje idealne na co dzień. Idealne dla każdego śpiocha, który przed wyjściem zawsze maluje się na ostatnią chwilę (to o mnie ;)). Oba cienie są matowe, równomiernie rozkładają się na powiece, dobrze ze sobą łączą i poprawnie współpracują z cieniami innych marek.
Shrinking Violet to miks ciut ciemniejszy, ale nadal 100% dzienny. Satynowy fiolet świetnie wygląda w zewnętrznym kąciku, połyskujący beż z kolei to dobry odcień na całą powiekę. Cienie są dobrze napigmentowane, nie wycierają się podczas blendowania, dobrze kryją skórę. Cena cieni to 44,90 zł [podaję za zaufanym sklepem costasy.pl, skąd pochodzą moje].
Cienie najlepiej wyglądają i noszą się na bazie. Bez niej niestety szybko zbierają w moich tłustych i opadających powiekach. Ja stosuję pod nie Prime Focus [KLIK] lub bazę Grashki [KLIK], które utrzymują kosmetyk w ryzach, bez blaknięcia i rolowania się.
Jak już wspomniałam na początku, do cieni dołączyły trzy pędzelki. Nigdy wcześniej nie miałam styczności z aplikatorami Lily Lolo, dlatego moja ciekawość sięgnęła zenitu. Cała trójka to syntetyki o włosiu sprężystym i na tę chwilę bardzo trwałym (używam ich od sierpnia). Nie gubią włosków i łatwo je domyć (białe lakierowane rączki nie zżółkły i nie ściemniały).
Eye Shadow Brush, czyli pędzelek płaski, przeznaczony do aplikacji cieni. W przypadku minerałów sprawdza się dobrze, ale najlepiej podczas nakładania kosmetyków mokrych i kremowych. Jest fantastycznym wyborem, jeśli chodzi o mój ulubiony On and On Bronze Maybelline [KLIK] lub cienie Yves Rocher Ombre-crème Ultra Longue Tenue [KLIK], do których dołączone gąbki są dla mnie mało użyteczne. Dzięki śliskiemu i giętkiemu włosiu cienie rozprowadzane są równomiernie, a te o wykończeniu metalicznym nie tracą połysku. Cena: 34,90 zł.
Eye Definer Brush – malutki, skośny, niezwykle precyzyjny. Lubię go w roli pędzelka do kreski, ponieważ pozwala narysować ją tak cienką i tak ostro zakończoną, jak tylko można sobie wymarzyć. Poza tym jest dobry w dokładnym wypełnianiu cieniem brwi, szczególnie ich zewnętrznej, najwęższej części. 28,90 zł.
Eye Detail – Eye Smudge Brush, czyli dwustronny, wielozadaniowy pędzelek do akcentowania i rozcierania. Jedna strona wykonana jest z wąskiego, sprężystego włosia, druga ze zbitej, gładkiej i sprężystej gąbki. O ile z pierwszą polubiłam się bardzo (wykorzystuję z powodzeniem do zaznaczania zewnętrznego kącika oczu, czasem do kreski, zdarzyło się też, że do precyzyjnego obrysowania ust), to druga nie przydaje mi się kompletnie. Po prostu nie potrafię nią rozcierać! Struktura gąbki jest zwarta i jednocześnie jakby z wierzchu śliska, co powoduje, że, zamiast rozcierać, na cieniu pływa. Lepiej pod tym względem wypadają gąbkowe aplikatory dołączane do cieni za 5 zł 😉 Cena: 38,90 zł.
I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o wrażenia. Zostawiam Was ze zdjęciowym skrótem bohaterów dzisiejszego posta.
Dajcie znać, czy miałyście już okazję poznać prasowane cienie LL lub ich pędzelki tej marki. Co o nich myślicie?

40 thoughts on “Jestem oczarowana! [Cienie prasowane Chic Nudes, Shrinking Violet i pędzelki Lily Lolo]

  1. Shrinking Violet – idealne zestawienie kolorystyczne jak dla mnie – ja dzisiaj wybierałam sobie kosmetyki do wspólpracy z Lily Lolo ale o tym nie pomyślałam – gdybym wcześniej zobaczyła ten wpis pewnie bym go wybrała!!! Buuuuuu

  2. Bardzo podoba mi się duo Chic Nudes:) Ja jeszcze nic z LL nie miałam, dziś zrobiłam u nich pierwsze zamówienie- podkład i sypki cień Choc Fudge Cake. Mam nadzieje że będę zadowolona bo już mam ochotę na inne kosmetyki LL.

  3. Chic nudes chyba jednak byłby dla mnie lepszy niż druga paletka – jakoś w fioletach nie do końca się czuję, poza tym chyba po prostu nie pasują mi do typu urody- blondynki z niebieskimi oczami i bladą cerą 🙂 Ale i tak najlepiej czuję się w brązach.

  4. Nigdy ich nie miałam, ale kolory zdecydowanie należą do jednych z moich ulubionych. A to, ze są mineralne daje im dodatkowe punkty. Twoja grafika, którą praktykujesz od niedawna powala na kolana!!!!

  5. Bardzo się cieszę, ze firma oferuje prasowaną formułę. Ja ogólnie jakoś za sypańcami nie przepadam, może dlatego, że sięgam głównie do odcienie ciemne i nasycone i jak taki się przypadkiem osypie, to mogiła 😉 A w przypadku cieni sypkich nie trudno o to.

    1. EbonyLuna, kaplica 😀 I właśnie sypańce LL osypują się (sytuację poprawia ich baza Prime Focus), a prasowane już nie (mają bardziej kremową konsystencję). Jestem z nich zadowolona i rozważam dokupienie jeszcze jednego duetu.

    2. Musze zapoznać się dokładnie w odcieniami, może wynajdę coś dla siebie 😉 Ale w sumie wystarcza mi to, co mam, tj dwie palety szóstki Glazel i trzy cienie Loreala CI, a i tak nawet połowy tak naprawdę nie używam :p Wręcz od dłuższego czasu sięgam jedynie po Burning black 😉

  6. Spodobał mi się Shrinking Violet, chyba nawet kolorystyką by mi pasował, chciałabym go obejrzeć w makijażu u Ciebie. Z tymi pędzelkami bywa naprawdę różnie, mam taki syntetyczny z niebieskim włosiem Elite i trochę mnie wkurza. Mam wrażenie, że cienie z nim słabo współpracują – np. L'Oreal Infallible, który z powodzeniem można nałożyć palcem, prawie się do niego nie przykleja (ale znalazłam gąbeczkę-ideał w swojej szafie, taka lekko gumowa w dotyku i jest super). O cieniach Bourjois nie wspominając, bo te są w ogóle trudne we współpracy, a co dopiero z takim pędzelkiem, który się na nich ślizga.

    1. Zielpy, postaram się coś zmalować, choć ostatnio z czasem krucho.
      Ciężko mi porównać pędzelki LL i Elite, ponieważ tych drugich nie mam. A Infallible w ogóle są śmiesznymi cieniami, takie mokro – suche i faktycznie większość pędzli z nimi nie współpracuje. Właściwie tylko dwoma udaje mi się je nałożyć w sposób jednolity: wspomnianym Eye Shadow LL i jedną z końcówek pędzelka Essence z LE Wild Craft (płaska, syntetyczna).

  7. Rzeczywiście – śliczne!

    Ja właśnie obfotografowałam sypkie w kolorach, które mnie zachwyciły. Poszukiwałam takich od dawna.

    Bardzo się cieszę, że Lily Lolo idzie w kierunku kolorowej rozmaitości, podczas, gdy tyle firm "mineralnych" ograniczyło ofertę kolorystyczną do coraz bardziej stonowanych barw.

    1. Una, czekam na ten post! Coś czuję, że będzie pięknie 🙂
      Też mnie to cieszy. I fajnie, że miksują ze sobą odcień wyrazisty i jasny. Dzięki takim duetom można zmalować oko bez konieczności sięgania po inne cienie.

  8. Chętnie przygarnęłabym cienie Lily Lolo:) Ich kolorystyka idealnie wpisuje się w moje preferencje:) Czuję, że prędzej czy później przerzucę się na cienie mineralne;)

Dodaj komentarz